Przebudzenie zaczyna się od ciebie – nie czekaj na narodowy revival
Przez ostatnie kilkanaście lat widziałem wiele. Widziałem momenty, w których Bóg wyraźnie działał w naszym mieście – powstawały nowe kościoły, ludzie się nawracali, działy się uzdrowienia, młodzi przyjmowali chrzest w Duchu Świętym. Pamiętam te chwile pełne wiary i oczekiwania. Ale potem widziałem też coś innego. Widziałem, jak część z tych kościołów przestała istnieć. Jak ludzie, którzy kiedyś płonęli pasją do Boga, stopniowo wygasali. Jak entuzjazm pierwszych dni zamieniał się w rutynę, a potem w duchową pustkę.
To było jak historia Izraela – naród, który zobaczył Ziemię Obiecaną, dotknął jej, ale zamiast w niej zamieszkać, wrócił na pustynię. I zacząłem się zastanawiać: gdzie jest problem? Czy to diabeł jest za mocny? Czy Bóg zmienił plany? A może… może problem jest w nas?
Kto naprawdę niszczy kościoły?
Jezus powiedział coś, co powinno nas uspokoić, ale jednocześnie zaniepokoić. Obiecał Piotrowi: „Ty jesteś Piotr i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Diabeł nie ma mocy zniszczyć Kościoła. To nie siły ciemności decydują o tym, czy wspólnota żyje, czy umiera.
Ale w Księdze Objawienia czytamy coś niepokojącego. Jezus przemawia do siedmiu kościołów i mówi do nich osobiście: „Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij! Jeśli zaś nie – przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie nawrócisz” (Obj 2,5). To nie diabeł gasił te kościoły. To sam Jezus powiedział, że zgasi ich lampę, jeśli się nie opamiętają.
Przez lata szukałem odpowiedzi na pytanie: dlaczego kościoły umierają? I w końcu dotarło do mnie, że odpowiedź jest prosta i bolesna zarazem. Kościoły nie umierają, bo diabeł jest za mocny. Umierają, bo ludzie w kościele:
- są nieposłuszni Duchowi Świętemu,
- nie chcą zmiany w swoim życiu,
- nie słuchają Jezusa,
- żyją wygodnie i nie pozwalają Bogu ich ruszyć.
Problem nie jest po stronie Boga. Problem nie jest po stronie diabła. Problem jest w nas – w naszych sercach, w naszym myśleniu, w naszym nieposłuszeństwie.
Przebudzenie nie przyjdzie „na naród” – zacznie się od ciebie
Słyszę często: „Boże, przebudź Polskę”, „Boże, zmień ten naród”, „Boże, wylej Ducha na nasze miasto”. I zgadzam się – bardzo potrzebujemy przebudzenia. Ale przestałem myśleć o przebudzeniu jako o jakimś wielkim, ogólnonarodowym ruchu, który nagle spadnie z nieba na wszystkich.
Przebudzenie nie jest abstrakcyjną wizją. Przebudzenie to:
- twoje osobiste przebudzenie,
- moje osobiste przebudzenie,
- a dopiero potem – przebudzenie miasta i narodu.
Nie możesz czekać, aż Bóg poruszy Polskę. Musisz zacząć od tego, żeby Bóg poruszył ciebie. Warunek jest prosty: posłuszeństwo Duchowi Świętemu. Nie teoretyczne, nie w formie nabożnych myśli, ale konkretne, życiowe posłuszeństwo w codziennych decyzjach.
Pokuta to nie kara – to zmiana myślenia
Słowo „pokuta” wielu ludziom kojarzy się z religijną karą: „odmów tyle i tyle pacierzy”, „zrób pokutę za grzechy”, jakiś rodzaj rytualnej czynności. W Biblii pokuta to coś zupełnie innego. W języku greckim słowo metanoia oznacza dosłownie zmianę myślenia.
Einstein powiedział kiedyś, że głupotą jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. W życiu duchowym jest dokładnie tak samo. Jeśli nie zmienisz sposobu myślenia, twoje życie się nie zmieni. Będziesz dalej chodził na spotkania, śpiewał pieśni, modlił się tymi samymi modlitwami – ale twoje życie będzie wyglądało tak samo jak rok temu, pięć lat temu, dziesięć lat temu.
Pokuta to moment, w którym mówisz: „Stop. Muszę zacząć myśleć inaczej. Muszę zacząć postrzegać Boga, siebie, swoje grzechy, swoją przyszłość – inaczej.”
Prostowanie ścieżek – góry i doliny twojego serca
Jest taki mocny obraz w Księdze Izajasza, który pokazuje, czym jest przygotowanie na przyjście Pana. Prorok mówi:
„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę PANA, prostujcie na pustyni ścieżkę naszego Boga. Każda dolina niech będzie podniesiona, a każda góra i każdy pagórek – obniżone” (Iz 40,3-4).
Co to oznacza? To nie abstrakcja. To bardzo konkretna praca, którą musisz wykonać w swoim sercu.
Góra – to wszystko to, czego nie chcesz ruszyć. Twoja pycha. Twoje „ja wiem lepiej”. Twoje ego. Twoje wygodnictwo. Twój ukochany grzech. Twoje nawyki, które stawiasz ponad Bogiem. Twoje bożki – praca, pieniądze, związek, hobby, kariera. Wszystko to, co jest dla ciebie ważniejsze niż Jezus.
Dolina – to twoje doły niemocy. „Nie potrafię”, „nie umiem”, „nie dam rady”, „jestem za słaby”. To twoje uzależnienia, z którymi się pogodziłeś. To twój strach, który paraliżuje. To twoje poczucie bezwartościowości, które ciągle pielęgnujesz.
Twoje zadanie? Każdą dolinę zasypać – przestań pielęgnować niemoc i bierność. Każdą górę zniżyć – zrezygnuj z ego, z bożków, z rzeczy ważniejszych niż Bóg.
Nazwę to wprost, tak jak nazywa to Biblia: to ohyda. Nie coś, co wzbudza sentyment, ale coś, co powinno wzbudzać w tobie wstręt. Jeśli twoja góra czy dolina jest dla ciebie bardziej wygodna niż Bóg – to jest ohyda.
Dwie chore skrajności: masochizm i hedonizm
Widzę w ludziach dwie skrajności, obie równie chore.
Pierwsza skrajność: psychiczny masochizm. „Jaki ja jestem biedny, nic niewart, robaczek, niech mnie zgniecie, to będzie dobrze.” Ból emocjonalny zaczyna dawać chore poczucie „głębi” i „tożsamości”. Człowiek wchodzi w rolę ofiary, której nawet cierpienie zaczyna „smakować”. To nie pokora – to choroba.
Druga skrajność: hedonizm. „Maksimum przyjemności, minimum cierpienia.” Domy, samochody, komfort, wygody, wszystko pod siebie. Całe życie pod kątem tego, żeby było mi miło. Żeby nic mnie nie bolało, żeby nikt mnie nie ranił, żeby wszystko było idealnie.
Obie te skrajności – to ohyda. Trzeba je zasypać i przewalcować.
Co Jezus mówi o duszy?
Jezus powiedział coś, co brzmi paradoksalnie, ale jest kluczem do życia:
„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16,24-25).
A potem zadaje pytanie, które powinno nas obudzić:
„Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16,26-27).
Nie chodzi o religijne samobiczowanie. Nie chodzi o to, żeby wyprowadzić się do pustelni i cierpieć dla zasady. Chodzi o oddanie swoich priorytetów, myślenia, planów Jezusowi. Chodzi o rezygnację z życia, w którym praca, przyjemności, podróże, relacje są ważniejsze niż On.
Zadaj sobie pytanie: Co ci da, jeśli:
- zdobędziesz sukces zawodowy i finansowy,
- znajdziesz męża albo żonę,
- zwiedzisz pół świata,
- osiągniesz wszystkie swoje marzenia, a twoja dusza na tym ucierpi?
Co możesz dać w zamian za swoją duszę? Nic. Absolutnie nic.
Dusza jak koń na wędzidle
Prosty obraz: koń jest wielki, silny, a prowadzi się go małym metalowym elementem w pysku i paskiem. Tak samo jest z twoją duszą. Może być „dzika”, kierowana przez emocje, lęki, przyjemności. Ale gdy włożysz jej „wędzidło” Słowa Bożego i Ducha Świętego, może iść tam, gdzie Bóg chce.
Cel wiary to zbawienie duszy – aby twoja dusza była podporządkowana Bogu, nie tobie, nie grzechowi, nie lękowi, nie przyjemnościom.
Dlaczego nie widzimy przebudzenia?
Odpowiem szczerze i wprost.
1. Brak realnej pokuty. Zmiana myślenia tylko teoretyczna. Ludzie słuchają, ale nie zmieniają konkretnie życia i decyzji.
2. Religijna powierzchowność. „Codziennie czytam parę wersetów” – ale Słowo nic nie zmienia. Brak reakcji: „Co Bóg do mnie powiedział i co ja z tym zrobię?” Samo czytanie Biblii to nie magiczny amulet.
3. Brak prawdziwej modlitwy. Modlitwa to nie tylko „daj, daj, daj, dziękuję, dziękuję”. Potrzebne jest słuchanie Ducha Świętego. Potrzebne jest dawanie Mu czasu, by odpowiedział.
4. Brak wspólnej modlitwy. W Dziejach Apostolskich ludzie „trwali jednomyślnie na modlitwie” (Dz 1,14). Powiem wprost: jeśli ciebie nie ma na modlitwie, to znaczy, że tak naprawdę nie szukasz przebudzenia – jest ci wygodnie na swojej pustyni.
Wzór Jezusa i apostołów: pokuta → post → moc
Spójrzmy na Jezusa:
- Przyjął chrzest pokuty u Jana.
- Poszedł na pustynię – 40 dni postu, samotności, pokus, szukania Ojca.
- Wrócił w mocy Ducha Świętego – zaczęła się publiczna służba, cuda, znaki, tłumy.
Spójrzmy na apostołów (Dzieje Apostolskie 1-2):
- Jezus obiecał im Ducha Świętego.
- Uczniowie trwali jednomyślnie na modlitwie – czekali razem, nie każdy osobno.
- W dzień Pięćdziesiątnicy „kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. (…) I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym” (Dz 2,1.4).
- Pojawia się moc, odwaga, przemiana.
Schemat jest jasny: Pokuta → Post → Modlitwa → Pełnia Ducha → Moc → Przebudzenie.
Konkretny apel: styczeń – miesiąc postu i modlitwy
Teraz będę bardzo praktyczny. Rzucam wyzwanie – dla całego kościoła, ale też dla ciebie osobiście.
Styczeń ma być miesiącem postu i modlitwy.
Nie chcę, żebyś tylko to przeczytał i poszedł dalej. Chcę, żebyś rzeczywiście coś z tym zrobił.
Propozycje bardzo życiowe:
- Jeśli nie umiesz pościć: zacznij od jednego posiłku mniej dziennie w grudniu – z myślą o styczniu. Ćwicz się krok po kroku.
- Post nie musi być tylko „bez jedzenia”. Możesz „pościć” rezygnując z:
- Telewizji
- YouTube
- Facebooka
- Innych „pożeraczy czasu”
- Klucz: nie tylko coś zabrać, ale w to miejsce włożyć:
- Słowo Boże
- Modlitwę
- Czas z Bogiem
- Bycie z innymi wierzącymi na modlitwie
Uczciwość wobec siebie
Na koniec – dwie rzeczy, które musisz zrobić, jeśli naprawdę chcesz przebudzenia.
Pierwsza: nazwij swój grzech/problem po imieniu. Uzależnienie (alkohol, słodycze, papierosy, TV, cokolwiek). Zgorzknienie. Wieczne narzekanie na „cały świat”. Nie ukrywaj tego przed Bogiem. Pierwszy krok: „Boże, mam z tym problem. Sam nie daję rady. Pomóż mi.”
Druga: przyjmij, że problem może być we mnie, nie tylko w innych. To, że:
- może to nie wszyscy ludzie są „beznadziejni”,
- może to nie cały świat chce cię „oskubać”,
- może nie masz „ręki do pieniędzy”, tylko brakuje ci umiejętności zarządzania,
- może twoje żarty są po prostu nieodpowiednie, a nie „wszyscy nie mają poczucia humoru”.
To jest klasyczna duchowa i psychiczna dojrzałość: przestaję widzieć wroga wszędzie „na zewnątrz” i zaczynam pozwalać Bogu, żeby dotykał tego, co jest we mnie.
Zakończenie – nie czekaj na innych
Przez lata widziałem Boże poruszenia i upadki. Doszedłem do wniosku, że to nie diabeł niszczy kościoły, ale nasze nieposłuszeństwo i brak pokuty. Przebudzenie nie jest „narodową akcją z góry”, ale zaczyna się od osobistej przemiany: zmiany myślenia, prostowania ścieżek, uderzenia w swoje góry pychy i doły niemocy.
Wzór Jezusa i apostołów to: pokuta, post, modlitwa, pełnia Ducha, moc – i dopiero wtedy przebudzenie.
Trzy pytania do refleksji:
- Jakie „góry” i „doliny” są w twoim sercu? Co musisz zniżyć, a co zasypać, żeby Bóg mógł swobodnie działać w twoim życiu?
- Czy jesteś gotowy nazwać swoje problemy po imieniu? Czy jesteś gotowy stanąć przed Bogiem uczciwie i powiedzieć: „Mam problem i potrzebuję Twojej pomocy”?
- Czy wejdziesz w styczeń jako miesiąc postu i modlitwy? Co konkretnie jesteś gotów oddać Bogu w zamian za Jego obecność?
Nie czekaj na przebudzenie „dla narodu”. Zacznij od siebie. Bóg szuka ludzi, którzy są gotowi Mu się całkowicie oddać. Może ty jesteś jednym z nich?
Link do kazania – tutaj.